środa, 29 lipca 2026

Gomułka, gazomierze i wielka amerykańska lodówka

Mówi się, że w PRL wystarczyło być. Znam ten pogląd, sam go czasem powtarzam, a potem przypominam sobie, jak wyglądał tydzień pracy mojego ojca, i przestaję.

To jest historia o tym, jak człowiek z maturą z Ciechanowa dojechał własnym fiatem do Stambułu. I o tym, ile go to kosztowało.

Goniec

Ojciec ma na imię Stanisław. Matura w Ciechanowie, potem wyjazd do Warszawy, bo tam było życie. Zatrudnił się w gazowni i podejrzewam, że był to czysty przypadek — po prostu tam akurat kogoś brali.

Został gońcem. Nosił papiery z pokoju do pokoju.

I wtedy stała się rzecz, którą dziś nazwalibyśmy zarządzaniem talentami, a wtedy była zwykłym rachunkiem: ktoś zauważył, że Staś ma maturę. W tamtych latach matura była walutą. Nie każdy ją miał, a papiery trzeba było komuś dać do rysowania.

Do kreślarni z nim. Najpierw pomocnik kreślarza, potem kreślarz.

Oszczędności towarzysza Gomułki

Gomułka lubił oszczędności. Uznał, że skoro ludzie płacą za gaz ryczałtem, to go marnują, i kazał zakładać indywidualne gazomierze.

Brzmi jak decyzja, która zapada w gabinecie i tam zostaje. Ale gazomierz trzeba gdzieś zamontować, a żeby go zamontować, trzeba wiedzieć, jak biegnie instalacja. To musi być na planach. A planów albo nie było, albo się nie zgadzały. Więc ktoś musiał pojechać i sprawdzić na miejscu.

Kto pojedzie? No przecież najmłodszy. Stasio.

I Staś pojechał. Wychodził rano, wracał wieczorem, przez całą Warszawę, budynek po budynku. W nagrodę dostał dwie rzeczy: nieograniczone nadgodziny i darmowy bilet miesięczny.

Dziś to brzmi jak kara. Wtedy to była wygrana na loterii. Bo nagle w domu pojawiły się pieniądze, i z każdym miesiącem było ich więcej.

1974, fiat 125p, kierunek Stambuł

W 1974 pojechaliśmy do Turcji. Własnym, nowym fiatem 125p.

Tam przez Związek Radziecki, Rumunię i Bułgarię. Z powrotem przez Jugosławię i Austrię. Wszystko z jednej pensji i nadgodzin.

Na kempingu w Stambule spotkaliśmy różnych Polaków. Byli i tacy, którzy przyjechali Syreną, z jedzeniem zabranym z domu na cały wyjazd. Nie pamiętam, jak się nazywali. Miałem dziesięć lat i zapamiętałem obrazek, nie nazwiska.

Lodówka

Zaraz po wjeździe do Turcji zatrzymaliśmy się na parkingu. Kran, koryto, pusto. Kanapki.

Znikąd pojawił się facet o wyglądzie chłopa. Zapytał: Bułgaria? Nie, mówimy, Polonia. Pokręcił głową — a oni tam kręcą głową odwrotnie niż my — zawrócił i poszedł do budy, na którą wcześniej nie zwróciliśmy uwagi.

Wrócił z zimnym tuborgiem i colą. Postawił i bez słowa poszedł z powrotem.

Skąd on miał zimne?

Ojciec mówi: no to idź, odnieś butelki.

Poszedłem. Wszedłem do środka, półmrok. Przy stołach siedzą w bezruchu inni chłopi. Mój chłop stoi za barem. Podszedłem, oddałem butelki. On pokręcił głową, odwrócił się i otworzył wielką amerykańską lodówkę.

Taką lodówkę zobaczyłem w Polsce dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych.

Dostałem chyba loda i pomachanie ręką.

Ultimatum

Potem w robocie zrobił się problem. Ktoś się musiał pod tymi projektami podpisywać, a kreślarz się nie podpisuje. Ojciec dostał ultimatum: albo uprawnienia, albo koniec.

To i został inżynierem. Zaocznie.

Człowiek po pracy, po całych dniach w terenie, siada wieczorami do nauki. Nie z ambicji. Dlatego, że tak trzeba.

Ruskie znaleźli gaz

I wtedy otworzyło się kolejne okno. Rosjanie odkryli gaz i zaczęli go pchać rurami do Europy i do demoludów.

Tylko że to był gaz ziemny, a Polska siedziała na gazie miejskim, produkowanym z węgla. A te dwa gazy różnią się wszystkim: wartością opałową, gęstością, prędkością spalania. Trzeba było przejść z jednego na drugi w całym kraju — przeliczyć, przerobić sieć, wymienić dysze w każdym palniku w każdej kuchni.

No i ojciec jeździł. Kasy było więcej, ale ojca w domu nie było. Matka się wściekała i skrzętnie gromadziła.

Przy okazji okazało się, że gaz ziemny uwolnił węgiel — a węgiel szedł na eksport i był jednym z niewielu towarów, które mieliśmy do sprzedania. Gaz był tani. Więc zaczęto budować gazociągi wszędzie.

A ojciec jeździł i rysował. Już pod egidą zespołu projektowego, czyli prywatnej inicjatywy schowanej w państwowej spółdzielni.

Potem kolejne okno: dopuszczono do zasilania gazem przedsiębiorstwa prywatne i spółdzielcze. Eldorado trwało dalej.

Z zera doszli do działki w Warszawie i dużego domu.

Kariera?

Można na to spojrzeć tak: całe życie rysował prawie to samo.

Ale to nieprawda. Punkty zwrotne w tej historii nie leżą tam, gdzie się wydaje. To, że go w ogóle zatrudnili, było przypadkiem. Wszystko, co potem, wzięło się z tego, że za każdym razem, gdy pojawiała się robota, której nikt nie chciał, mówił "pojadę".

Gazomierze to nie była synekura, tylko harówka po całym mieście. Reszta kreślarni siedziała przy deskach w cieple i pewnie im to odpowiadało. Konwersja na gaz ziemny to nie było przerysowywanie w kółko tego samego — pomyłka w takich rysunkach kończy się wybuchem. Zaoczne studia po czterdziestce to nie jest rzecz, którą się robi z rozpędu.

Ustrój otworzył drzwi. Ale koniunktura sama nie kupuje fiata i nie wywozi rodziny do Stambułu. Ktoś musiał stać we właściwym miejscu i nie usiąść.

Cena jest w tej opowieści widoczna gołym okiem, tylko trzeba chcieć ją zobaczyć. Ojca nie było w domu. Dom, działka i Turcja zostały kupione za jego nieobecność.

Tak to wtedy wyglądało u wszystkich, którym się udało. I to jest ta część, o której mówi się najmniej.

niedziela, 26 lipca 2026

Panie Cieplak, wymieniamy beczkę?

 chlor płynny w butlach. 

jeździło się po niego do Bydgoszczy do Zachemu. w Płońsku produkowano "delicje szampańskie" : biszkopt z galaretką oblany czekoladą. Przebój cukierniczy z lat 80-tych do dziś produkowany. W sklepie przy wytwórni to sprzedawano, a kierowcy naszego konwoju to kupowali. Konwój bo to był konwój - nadzorowany przez milicję( trzeba ją było wcześniej powiadomić i trasa była stała) . nadzór polegał na tym że co jakiś czas spotykaliśmy radiowozy wyrażnie na nas oczekujące. W zachemie w hotelu pracowniczym (prawdziwy hotel) , wieczorem bywały lepsze i gorsze imprezy. a delicje chłopaki wymieniali na rajstopy ... Rano cały konwój wjeżdżał do Zachemu. To był poniemiecki zakład , widać to było i czuć. Punkt odbioru beczek z chlorem punktem wymiany: my im puste , oni nam pelne. Klinowaliśmy je drewnianymymi klinami wbijaąc w nie gwożdzie wprost w drewnianą podłogę skrzyni samochodu. I do Warszawy na Czerniakowską. Tam przy osadniku pobierającym wo∂e z Wisły był specjalny, nowoczesny magazyn . Wielka hala, czujniki itd. tam się rozładowywało samochody i to był koniec delegacji. Na pierwszej zmianie objeżdżało się punkty dodawania chloru do wody- chlorownie. Do stałego wyposażenia osobistego należała maska pgaz. słoń starego typu. Zawsze wchodziło się tam po wywietrzeniu. Na ścianie wisiał chlorator. Pokazywał ciśnienie chloru w beczce, ciśnienie wody wchodzące i na specjalnej miarce ustawiało się ilość dodawanego chloru gazowego do mieszacza . Głównym zadaniem było sprawdzić ciśnienie w beczce i czy starczy chloru na najbliższe cztery godziny. Zapomniałem ; beczki były umieszczone na wadze która była obowiązkowym wyposażeniem chlorowni. zestawienie tych trzech danych : wagi beczki, ciśnienia chloru i wody dawało wynik jaki ustawiało się na dozowniku chloru. Czasem trzeba było przylączyć nową beczkę. i tu była historia ilustrujaca , jak było dawniej. Często pracowałem z panem Cieplakiem. facetem tuż przed emeryturą. całe życie był chłoporobotnikiem, łaczył pracę na zmianach w wodociągu i uprawę własnego pola. Uczciwie mówiąc to że tu pracował dawało mu prawdziwy wypoczynek po tyrce na polu i w zagrodzie.. By przełączyć beczkę należało odkręcić rurkę miedzianą? chyba od zaworu beczki. była tam uszczelka z ołowiu którą trzeba było wymienić. A skąd uszczelka? sami je robiliśmy, blacha ołowiana , młotek , dwa wycinaki i sprawne ręce i oczy. Jako najmłodszy , to ja je wycinałem. Pierwszy raz jak pracowałem z Cieplakiem i pojechaliśmy melexem w obchód, wogóle nie zwracałem na niego uwagi , wiedziałem co i jak robić , wiedziałem też jak to robić. Podjechaliśmy na chlorownię, ja wziąłem klucz do drzwi, otworzyłem , sprawdziłem parametry. Widać było że trzeba wymienic beczkę, na szczęście była zapasowa, trzeba je było tylko wymienić.. Patrzę Cieplak siedzi, ale wstał i stanął w drzwiach, patrzy. przełączyłem beczki, wymieniłem uszczelkę i gotowe. tylko spojrzenie na dawkę chloru, regulacja i koniec do następnej chlorowni. Cieplak siedzi na miejscu pasażera i nic nie mówi. Na wszelki wypadek zapytałem czy wszystko w porządku. Cieplak poruszył głową i powiedział: jak byłem tu młodym pracownikiem, to jak starzy wchodzili do chlorowni, to zawsze kazali mi czekać na zewnątrz. i musiałem się wkupić by mi pokazali co oni tu robią. a ty wiesz wszystko i nawet mnie nie zapytałeś czy coś robimy czy nie. Nie odpowiedziałem nic. Ale zawsze jak z nim potem pracowałem, pytałem go o zgodę, zawsze dodając panie. Panie Cieplak, to wymieniamy beczkę? itd . A Cieplak zawsze jak mnie widział szeroko się uśmiechał.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Żołnierski elementarz. Komiks, który uczył obsługi czołgu T-55

 

Żołnierski elementarz. Komiks, który uczył obsługi czołgu T-55

Jest taki rysunek, którego nie spodziewasz się znaleźć obok Koziołka Matołka: załoga czołgu T-55, krok po kroku robiąca przegląd kontrolny wozu. Ta sama kreska, ta sama lekka ręka — tylko zamiast koziołka wędrującego do Pacanowa mamy żołnierza sprawdzającego poziom oleju. A narysował to ten sam człowiek: Marian Walentynowicz.

Mam w domu komplet tej serii. I skoro w sieci nie ma o niej praktycznie nic, postanowiłem to spisać — bo część historii technicznej żyje już tylko w szufladach, a nie w katalogach.

Co to właściwie jest

Seria nazywa się „Żołnierski elementarz" i ma motto, które mówi wszystko o jej zamyśle:

Żołnierski elementarz — przeczytasz, zapamiętasz.

To nie podręcznik w klasycznym sensie. To regulamin obsługi sprzętu i podstaw służby, przełożony na wiersz i rysunek. Żartobliwy w formie, ale całkiem poważny w treści. Idea jest prosta i stara jak wojsko: suchego regulaminu dziewiętnastolatek nie zapamięta, ale rymowankę z obrazkiem — owszem. Wpada do głowy i zostaje.

To dokładnie ta sama filozofia, co w słynnej niemieckiej Tiger-Fibel z 1943 roku — instrukcji obsługi Tygrysa zrobionej jak komiks, z dowcipem i rymem, żeby młody czołgista to przeczytał, a nie odbił się od urzędowego żargonu. Niemcy mieli całą rodzinę takich druków (Tiger-Fibel, Panther-Fibel, Panzerknacker). „Żołnierski elementarz" to polska, powojenna gałąź tego samego pomysłu.

Skąd się wzięła

Seria narodziła się w 1961 roku, przy redakcji „Przeglądu Wojsk Lądowych". Pomysł był taki, żeby podstawowe regulaminy i zasady szkolenia przedstawić wierszem — często satyrycznym — i zilustrować. Teksty pisali różni autorzy: Jan Bryk, Teresa Czudowska, Juliusz Głowacki, Henryk Hubert, Tadeusz Nowicki, Józef Prutkowski, Janusz Przymanowski (tak, ten sam, od „Czterech pancernych"). Ilustrował Marian Walentynowicz.

Druk: Wojskowe Zakłady Graficzne w Warszawie — wojskowa drukarnia podległa MON, działająca przy Grzybowskiej od 1947 roku. Format kieszonkowy, miękka okładka, kilkadziesiąt stron. Druk użytkowy w pełnym tego słowa znaczeniu: tani, masowy, „zużywalny". I właśnie dlatego dziś trudny do znalezienia w komplecie — bo takich rzeczy nikt nie traktował jak białych kruków, szły w obieg i niszczały.

Żołnierski elementarz, Żołnierski elementarz, ilustracja Marian Walentynowicz, jazda czołgiem T-55, ilustracja Marian Walentynowicz, czołg T-55

Kim był rysownik

To jest najlepsza część tej historii. Marian Walentynowicz (1896–1967) to człowiek, którego zna każde polskie dziecko, nawet jeśli nie zna nazwiska — bo to on narysował Koziołka Matołka i Małpkę Fiki-Miki (teksty pisał Kornel Makuszyński). Prekursor polskiego komiksu z dymkami.

Ale Walentynowicz to nie był tylko rysownik dla dzieci. W czasie II wojny był korespondentem wojennym przy 1 Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka. Przeszedł szlak bojowy z pancerniakami Maczka, spisał to potem w książce „Wojna bez patosu". Zaprojektował też Znak Spadochronowy 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej.

Czyli mamy tu człowieka, który czołgi znał nie z opisu, tylko z autopsji — widział je w terenie, w robocie, na froncie. Rysownik dla dzieci, który wiedział, jak naprawdę pachnie wojna pancerna. Lepszego autora do „komiksowego podręcznika czołgisty" trudno sobie wyobrazić.

I jest w tym ładna ironia historii: człowiek, który malował zachodnie czołgi 1 Dywizji Pancernej na emigracyjnym szlaku, po wojnie rysuje w PRL instrukcję obsługi radzieckiego T-55. Ta sama ręka, dwa zupełnie różne światy.

Tomy, które mam
Żołnierski elementarz, rysunek Marian Walentynowicz, przegląd kontrolny czołgu T-55

To jest właściwie sedno tego wpisu — spis serii z autorami tekstów, bo takiego zestawienia nie znalazłem nigdzie indziej. Antykwariaty sprzedają „Żołnierski elementarz Walentynowicza" jako pojedyncze zeszyty, bez rozbicia na tomy i bez nazwisk autorów wierszy. A te nazwiska są w stopkach — wystarczy mieć zeszyt w ręku.

TomTekst
Przegląd kontrolny czołguJuliusz Głowacki
Ogień czołguJuliusz Głowacki
Jazda czołgiemautor nieustalony
Czołg w walceHenryk Hubert
StrzelanieTeresa Czudowska (1965)
Podstawowa wiedza wojskowaJanusz Przymanowski

Cztery pierwsze tomy plus „Strzelanie" układają się w spójny kurs załogi: przegląd → jazda → ogień/strzelanie → walka. Krok po kroku, czynność po czynności. „Podstawowa wiedza wojskowa" Przymanowskiego to tom ogólny, wspólny fundament. Rocznik 1965 przy „Strzelaniu" pokazuje, że serii nie wydano jednorazowo w 1961 — żyła i była dodrukowywana przez kawał lat 60.

Sygnatura mojego egzemplarza „Przeglądu kontrolnego czołgu": WZGraf, zam. 7590, CW-65247.

Druga strona instrukcji

Czołg w walce – Żołnierski elementarz, ilustracja Marian Walentynowicz, czołg T-55

Tu wchodzi moja własna nuta. Bo ja byłem po drugiej stronie tego komiksu.

Służyłem w latach 1984–85 i jeździłem T-55. Tym samym czołgiem, którego załogę Walentynowicz rysował dwadzieścia lat wcześniej. Znam to, co na tych obrazkach, nie z teorii — „gąski", jak mówiliśmy na gąsienice, były ciężkim cholerstwem do zmiany, a obsługa wozu wyglądała mniej więcej tak, jak Głowacki rozpisał wierszem.

I to jest właśnie wartość, którą widzę dopiero teraz, składając te zeszyty: rysunek instruktażowy z 1961 plus żywe wspomnienie kogoś, kto tej instrukcji podlegał. Komiks mówi, jak miało być. Ja pamiętam, jak było. Te dwie rzeczy razem to coś, czego nie odtworzy żaden archiwista — bo trzeba mieć jednocześnie druki i pamięć.

Będę te tomy po kolei skanował i pokazywał, strona po stronie, z własnym komentarzem „a w praktyce to wyglądało tak". Pierwsze odcinki są już na moim kanale — linki niżej.

ogień czołgu- Żołnierski elementarz, ilustracja Marian Walentynowicz, czołg T-55


Dlaczego w ogóle o tym piszę

Bo to ginie. Druki użytkowe — wojskowe instrukcje, materiały szkoleniowe, rzeczy z założenia „na zużycie" — to kategoria, która znika najszybciej. Nie trafiały do bibliotek, nie były zbierane jak dzieła sztuki. A akurat ten cykl ma podwójną wartość: jako kawałek historii dydaktyki wojskowej i jako mało znana karta w dorobku jednego z ojców polskiego komiksu.

Żołnierski elementarz – Strzelanie, rysunek Marian Walentynowicz, tekst Teresa Czudowska, 1965

Jeśli zajmujesz się Walentynowiczem, historią komiksu albo techniką wojskową PRL — daj znać. Komplet z rozpisanymi autorami to chyba więcej, niż leży w niejednym katalogu.

korzystałem ze zbiorów własnych i internetu

https://www.youtube.com/@robertkobuszewski4363