sobota, 29 sierpnia 2026

Mediolan, Muzeum Techniki — aneks dla modelarzy i historyków lotnictwa

https://samouczektechniczny.blogspot.com/2014/11/bylismy-w-mediolanie-muzeum-techniki.html

Museo Nazionale della Scienza e della Tecnologia Leonardo da Vinci Via San Vittore 21, Mediolan · metro Sant'Ambrogio · wtorek–piątek 9:30–17:00, soboty i święta 9:30–18:30, poniedziałek nieczynne · bilet 10 euro

Odrzutowce stoją na zewnątrz, na dziedzińcu — nie w pawilonie lotniczo-morskim, więc łatwo je pominąć, wychodząc z hali w stronę wyjścia. Vampire wisi w środku, w pawilonie.

Vampire

 Na dziedzińcu muzeum, między pawilonem lotniczo-morskim a resztą, stoją trzy odrzutowce. Czwarty wisi w hali, kilkanaście metrów od drewnianego Nieuporta z 1915.

Wygląda to na przypadkowy zestaw. Nie jest. Te cztery maszyny to komplet: cała powojenna droga włoskiego lotnictwa od kupowania cudzego do sprzedawania swojego, w czterech płatowcach, w odstępie jedenastu lat.

1. de Havilland Vampire — kupione za dewaluowane funty

De havilland Vampire. Milan: Science and Technology Leonardo da Vinci Museum
de Havilland Vampire


Pierwszy odrzutowiec włoskiego lotnictwa. Rozpoznawalny bez tabliczki: dwie belki ogonowe, między nimi statecznik poziomy, na końcach dwie płetwy.

Pierwsze egzemplarze, w wersji FB.51, kupiono gotowe w Wielkiej Brytanii. Potem przyszła druga seria, FB.52A, budowana już we Włoszech — u Macchi i u Fiata. Powstało ich sto dziewięćdziesiąt pięć, z czego osiemdziesiąt dziewięć zeszło z linii Macchi. Egzemplarz mediolański jest właśnie z serii Macchi.

Najciekawsza jest transakcja. Licencję kupiono w 1949 roku za funty — konkretnie z rezerw funtowych Banku Włoch, których wartość właśnie się zawaliła po brytyjskiej dewaluacji. Pieniądze traciły na wartość leżąc w skarbcu, więc wydano je na coś, co jeszcze da się za nie dostać.

To jest odpowiedź na pytanie, dlaczego pierwszy włoski odrzutowiec był akurat brytyjski.

Dla modelarzy: włoskie FB.52A nosiły oznaczenia jednostek Aeronautica Militare, m.in. 6° Stormo z Ghedi. Uwaga przy zakupie kitu — wiele muzealnych „Vampire'ów FB.52A" w Europie to w rzeczywistości szwajcarskie FB.6 przemalowane we włoskie barwy. Mediolański jest z serii Macchi, ale przy każdym innym egzemplarzu warto sprawdzić numer.

2. Republic F-84F Thunderstreak — dostane

F-84 thunderstreak Milan: Science and Technology Leonardo da Vinci Museum


Amerykański. Trafił do Włoch w ramach amerykańskiej pomocy wojskowej dla państw NATO. Nie kupiony, nie budowany na licencji — przekazany.

Cicha zmiana. W latach sześćdziesiątych to właśnie F-84 i F-86 wyparły ze służby Vampire'y. Zmiana dostawcy z brytyjskiego na amerykańskiego nie wynikała z tego, że amerykańskie maszyny były lepsze. Wynikała z tego, że amerykańskie przychodziły w pakiecie pomocowym, a brytyjskie trzeba było kupić.

3. North American / Fiat F-86K — cudze, ale skręcane u siebie

North American / Fiat F-86K . Milan: Science and Technology Leonardo da Vinci Museum

Wersja myśliwca całodobowego F-86D przygotowana dla NATO. Płatowiec amerykański, ale montowany przez Fiata w Turynie, na licencji.  

I to jest środkowy etap: już nie prezent, jeszcze nie własna konstrukcja. Ktoś we Włoszech uczy się robić nowoczesny odrzutowiec, budując cudzy. I Włosi uczą się innej rzeczywistości lotniczo-technicznej. 

4. Fiat G.91 — własne, i to sprzedane innym



Efekt tej nauki stoi cztery kroki dalej.

W grudniu 1953 NATO ogłosiło konkurs na lekki samolot wsparcia taktycznego. Wymagania były brutalnie praktyczne: start i lądowanie z pasów półprzygotowanych, także trawiastych, prosta obsługa, szybkie tankowanie i uzbrojenie w warunkach polowych.

Fiat złożył projekt 30 lipca 1955. Pierwszy prototyp oderwał się od pasa w Turynie-Caselle 9 sierpnia 1956. Był o jakieś dwadzieścia procent cięższy od wymagań i zamiast uzbrojenia wiózł aparaturę pomiarową, ale latał dobrze i przekraczał barierę dźwięku. 26 lutego 1957 rozbił się podczas prób z dużą prędkością na małej wysokości.

Mimo to G.91 wygrał konkurs. Produkowano go dziewiętnaście lat, powstało siedemset pięćdziesiąt sześć sztuk. Latała na nim Luftwaffe. Latały na nim Frecce Tricolori od 1963 do 1981. Portugalia używała ich od 1966 w Gwinei i Mozambiku, na maszynach z drugiej ręki od Niemców.

A teraz najlepsze, i to jest rzecz do zobaczenia na dziedzińcu, nie do przeczytania. Fiat oparł projekt G.91 — w zmniejszonej skali — na amerykańskim F-86K. Podobieństwo było na tyle wyraźne, że maszyna dostała przydomek piccolo Sabre, mały Sabre.

Ten F-86K stoi obok. Kopia i pierwowzór, w odległości kilku metrów, na jednym dziedzińcu. Nie wiem, czy muzeum ustawiło je tak celowo.

Jeden inżynier

Wszystkie cztery maszyny łączy jedno nazwisko, i nie jest to nazwisko na płatowcu.

Giuseppe Gabrielli zaprojektował G.91 — litera G w oznaczeniu to on. Ale zanim to zrobił, prowadził negocjacje przemysłowe, które przyniosły do Włoch licencje na produkcję cudzych maszyn: de Havilland Vampire, North American F-86K, później Lockheed F-104G.

Czyli ten sam człowiek załatwił licencję na maszynę numer jeden z tej listy, licencję na maszynę numer trzy, a maszynę numer cztery narysował sam — wzorując ją na numerze trzy.

I jeszcze jedno, dla tych, którzy czytali resztę cyklu. W 1929 roku Gabrielli liczył hydroskrzydła dla Piaggio-Pegna P.c.7 — tego wodnosamolotu z długim nosem, który miał startować spod wody i nigdy nie wystartował. Jego model leży w gablocie w tym samym muzeum, dwa piętra wyżej.

Od wodnosamolotu na Puchar Schneidera do zwycięzcy konkursu NATO. Jedna kariera, sześćdziesiąt lat, i cała powojenna odbudowa włoskiego przemysłu lotniczego w środku.


Zdjęcia własne, Museo Nazionale della Scienza e della Tecnologia „Leonardo da Vinci", Mediolan, kwiecień 2014. Korzystałem z opisów muzealnych i źródeł internetowych. Jeśli ktoś coś- biorę to na klatę.


Museo Nazionale della Scienza e della Tecnologia Leonardo da Vinci
Via San Vittore 21, Mediolan · wejście od via San Vittore, wyjście od via Olona · metro Sant'Ambrogio
Wtorek–piątek 9:30–17:00, soboty i święta 9:30–18:30. Poniedziałek nieczynne. Wstęp do godziny przed zamknięciem.
Bilet 10 euro, ulgowy 7,50.
Ponad pięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych — trzy godziny to absolutne minimum. Pawilon lotniczo-morski jest osobnym budynkiem, łatwo go przeoczyć. Wnętrze okrętu podwodnego Toti zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem i po rezerwacji, biletu nie da się kupić osobno od wstępu do muzeum. Magazyny (Collezioni di Studio) muzeum udostępnia w wybrane terminy, też z przewodnikiem i za dopłatą — kalendarz aktualizowany co miesiąc, aktywność trzeba dołożyć w chwili zakupu biletu online.
W środku nie ma restauracji, tylko automaty z napojami.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Sopot - Karlikowo .. Jak dziś pamiętam. Gazownia w sopockim Karlikowie i pensjonat Zatoka

 

Czternaście lat przerwy

Jadąc do Sopotu od strony Gdańska widziało się go pierwszym. Zbiornik gazu miejskiego, z wielkim zegarowym wskaźnikiem napełnienia na boku. Nie trzeba było pytać, czy się dojechało — wystarczyło spojrzeć w prawo.

Zbiornik należał do gazowni w Karlikowie. Wjeżdżało się przez bramę, w głąb i w lewo, i tam, na terenie czynnego zakładu przemysłowego, stał rząd domków kempingowych. W takim domku spędzałem wakacje. Toalety były w budynku gazowni — szło się do nich przez podwórze zakładu.

Pod kominem znajdowała się dawna komora. Wypełniona żużlem i uszkodzonymi częściami z gazomierzy. Dla nas był to magazyn zabawek. Nikt nie uznawał za konieczne, żeby to zamknąć albo choćby oznaczyć.

Jedno wejście do środka

Byłem w budynku gazowni raz, z ojcem. Weszliśmy na halę z zaworami rozdzielczymi gazu ziemnego, a potem do warsztatu naprawy i homologacji gazomierzy. To wszystko, co pamiętam z wnętrza.

Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że to nie był przypadkowy spacer. Ojciec pracował w Gazowni Warszawskiej. Robił zawodowo dokładnie to samo, co widzieliśmy tam w środku — konwersję z gazu miejskiego na ziemny, sowiecki. Zabrał mnie obejrzeć swoją robotę w wersji miniaturowej, na wakacjach.

Ta wizyta sama się datuje, i to dość dokładnie. Gaz ziemny wprowadzano na tym terenie od 1973 roku — wcześniej nie było czego rozdzielać. Zbiorniki gazu miejskiego stały tam do lat osiemdziesiątych, potem je rozebrano. Skoro pamiętam jedno i drugie naraz, mówimy o oknie mniej więcej 1973–1977.

Gazownia była wtedy dokładnie w połowie przemiany. Na zewnątrz stał jeszcze stary zbiornik gazu produkowanego na miejscu, w środku szedł już gaz z rurociągu ze wschodu. Miałem naście lat i nie wiedziałem, że oglądam koniec pewnej technologii. Widziałem halę z zaworami.

Chłopak, którego imienia nie pamiętam

W budynku gazowni ktoś mieszkał. Mieszkania służbowe na terenie zakładu były wtedy normą. Mieszkał tam chłopak w moim wieku i miał w tym mieszkaniu wielką makietę kolejową.

Spędziłem u niego przy tej kolejce parę wieczorów. 

Nie pamiętam, jak miał na imię. Nie wiem, co się z nim stało. Ale kiedy dziś stoję na ulicy i patrzę na tamten budynek, wydaje mi się, że mógłbym wskazać okna jego mieszkania.

Reszta okolicy

Tuż obok gazowni, na początku Emilii Plater, był sklepik spożywczy. Chodziłem tam z ojcem, czasem sam. Ten sklep okazał się najtrwalszym elementem całego układu — przetrwał gazownię, przetrwał PRL, zniknął dopiero około 2016 roku.

Na terenie gazowni działała też wytwórnia wyrobów z kolorowego skaju, z dosyć liczną załogą żeńską. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie ją tam wciśnięto. Podejrzewam, że na takiej, na jakiej robiono wtedy wszystko: był budynek, była wolna hala, znalazł się ktoś, kto potrzebował miejsca.

W osiemdziesiątym pożegnałem się z tą okolicą. Byłem nastolatkiem, wakacje się skończyły, gazownia przestała mnie dotyczyć.

Czternaście lat później

Wróciłem w dziewięćdziesiątym czwartym. Nie sentymentalnie — po prostu dostaliśmy z Madam rekomendację do pensjonatu Zatoka od kontrahenta, z którym ostatecznie nic nam nie wyszło. Z tej jednej nieudanej rozmowy handlowej wyszło trzydzieści lat przyjazdów.

Zatoka stała przy Emilii Plater, kilkaset metrów od gazowni. Z okna widać było teren, na którym spędzałem wakacje.

Wnętrze Zatoki wyglądało jak z lat sześćdziesiątych. Były pokoje „przed modernizacją" i „po modernizacji", i szczerze mówiąc niewiele się różniły. Na dole sala jadalna: przestrzenny żyrandol, dół ścian wyłożony ciemnym drewnem w klasycznym kolorze, a wyżej wzory malowane bezpośrednio na ścianie. Do dziś nie wiem, co przedstawiały. Korytarze urządzone tak samo. Kontuar w recepcji całkowicie w przedwojennym stylu.

Bywało, że w listopadzie byliśmy jedynymi gośćmi w hotelu.

Dlaczego to tak wyglądało

Sprawdziłem dopiero teraz i wyszła rzecz, której przez trzydzieści lat nie podejrzewałem.

Budynek powstał w latach 1912–1919, według projektu Wilhelma Lippke, w stylu art déco. Od 1922 mieścił ośrodek wypoczynkowy dla urzędników gminnych, potem Strandhotel. W czasach nazistowskich dysponowała nim administracja Forstera jako wojskowym domem wypoczynkowym.

A po wojnie, od lat czterdziestych do osiemdziesiątych, był tam Państwowy Dom Dziecka. Pensjonat Zatoka ZNP przyszedł dopiero po nim.

To tłumaczy wszystko, co widziałem. Wnętrze zapamiętane jako „z lat sześćdziesiątych" naprawdę było z lat sześćdziesiątych — to był wystrój domu dziecka, nałożony na przedwojenną skorupę. Kontuar w recepcji nie wyglądał na przedwojenny, tylko nim był. Nikomu nie chciało się go wymieniać przez siedemdziesiąt lat. Wzory na ścianach jadalni to najpewniej motywy art déco z pierwotnego wystroju albo ich powojenne przemalowanie.

Spałem w domu dziecka i nie miałem o tym pojęcia.

Dodam własne wspomnienie, którego nie potwierdziłem w żadnym źródle: w dzisiejszej Villa Baltica, kilka numerów dalej, dom dziecka działał jeszcze na początku lat dwutysięcznych. Jeśli tak, to placówka przeniosła się po prostu wzdłuż tej samej ulicy, a dzieci były w tym kawałku Karlikowa nieprzerwanie przez jakieś sześćdziesiąt lat.

Co zostało

W 2002 roku w piwnicach Zatoki pojawił się gabinet odnowy. Byłem tam na najlepszym masażu i w najlepszej saunie w życiu. Potem gabinet zniknął i wydawało mi się, że hotel podupada.

Myliłem się co do kierunku. Politechnika Gdańska kupiła pensjonat i przerobiła go na ośrodek rehabilitacyjno-konferencyjny. Od 2012 był to jej obiekt szkoleniowo-konferencyjny, a od 2018 uczelnia prowadzi tam hotel Eureka. Ten gabinet w piwnicy nie był początkiem końca, tylko pierwszym sygnałem, że ktoś już myśli o tym budynku inaczej.

Około 2014 przyszedł remont generalny. Całe stare wnętrze zlikwidowano. Żyrandol, drewno, wzory na ścianach, kontuar — wszystko. Dziś jest skandynawsko, jasno i czysto. Personel, który mnie znał, też się wymienił.

Zostały mury i adres.

I została gazownia. Budynek z 1885 roku wciąż stoi przy Bitwy pod Płowcami i ktoś planuje przywrócić go do życia — z wystawą o jego historii, zbudowaną na starych zdjęciach. Szukali fotografii, także tych nowszych, aż do lat dziewięćdziesiątych.

Nie mam takich zdjęć. Mam za to komorę pod kominem pełną żużlu i połamanych gazomierzy, rząd domków kempingowych, halę z zaworami i chłopaka z makietą kolejową, którego imienia nie pamiętam.

Póki pamiętam.


Adres: dawna gazownia sopocka, ul. Bitwy pod Płowcami 23–31, Sopot-Karlikowo. Budynek w gminnej ewidencji zabytków pod nr 898 dotyczy sąsiedniego obiektu przy Emilii Plater 7–11 (dziś hotel Eureka).

wtorek, 25 sierpnia 2026

Byliśmy w Mediolanie. Muzeum Techniki, część druga — pawilon morski

 https://samouczektechniczny.blogspot.com/2014/11/bylismy-w-mediolanie-muzeum-techniki.html

Trzysta ton przez miasto

W pierwszej części napisałem, że historia okrętu jest prosta jak drut: pływał, w 1992 zakończył służbę, w 2001 ruszył rzekami, w 2005 po demontażu kiosku przyjechał na przyczepie.

Prawie wszystko się zgadza, poza tym, że nic w tej historii nie jest proste.

Sottomarino Toti, Milan: Science and Technology Leonardo da Vinci Museum

Zacznę od poprawki, którą sam sobie robię: Toti nie skończył służby w 1992. Ostatnią misję odbył w 1997, a z listy marynarki zszedł w 1999. Muzealna plansza podaje, że działalność zakończył w listopadzie 2000, po trzydziestu latach.

Reszta jest ciekawsza.

Wyszedł z Augusty na Sycylii w kwietniu 2001, na holu przez Adriatyk, potem w górę Padu do portu rzecznego w Cremonie. Miał tam postać kilka tygodni. Stał cztery lata. Nie przez wodę, nie przez pogodę, nie przez technikę — przez bałagan w papierach wokół organizacji transportu.

Potem trzeba go było odchudzić. Nurkowie jednostki specjalnej zdemontowali nie tylko kiosk, ale i pęcherz dziobowy, żeby zejść z siedmiu metrów wysokości do niewiele ponad czterech. Masa spadła z 536 do 458 ton.

Kontrast włoski. Ruiny sprzed wielu lat i śruba napędowa sottomarno Enrico Toti.

Ruszył z Cremony 8 sierpnia 2005 o dwudziestej pierwszej. Dziewięćdziesiąt trzy kilometry na wózku dłuższym niż sześćdziesiąt metrów, o trzydziestu osiach i dwustu pięćdziesięciu kołach. Do muzeum wjechał 14 sierpnia o wpół do siódmej rano. W transporcie brało udział ponad pięćset osób.

Sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi nie poszło tej nocy spać. Stali w oknach i na ulicach, żeby zobaczyć, jak okręt podwodny przejeżdża pod bramą z 1815 roku.

Jak Sottomarino znalazł się w muzeum w Mediolanie


Dziewięćdziesiąt kawałków

Bo Toti nie był pierwszy. Czterdzieści lat wcześniej to samo muzeum zrobiło rzecz trudniejszą, tylko ciszej.

Brygantyna Ebe. galion dziobowy.

Dziób wisi nad schodami. Nie stoi obok nich, nie za barierką — wisi nad głowami ludzi wchodzących na galerię. Kiedy się na to patrzy, przestaje być abstrakcją zdanie, że halę zbudowano wokół tego kadłuba, a nie odwrotnie.

To brygantyna Ebe. Pięćdziesiąt metrów z bukszprytem, osiem i pół szerokości, kadłub cały drewniany, dwa maszty. Zbudowana u Benettiego w Viareggio, wodowana w sierpniu 1921 pod nazwą San Giorgio. Przez trzydzieści lat woziła towar po Morzu Śródziemnym — czterysta trzydzieści ton ładunku na linii z Genui. W czasie wojny służyła jako trałowiec (drewniany kadłub się przydał), potem wróciła do handlu. W 1952 kupiła ją marynarka wojenna, przechrzciła na Ebe i zrobiła z niej szkołę dla przyszłych bosmanów: dwóch oficerów i siedemdziesięciu dwóch uczniów na pokładzie.

W 1958 zastąpił ją Palinuro. Ebe poszła do rezerwy, potem do La Spezii, w kolejkę do rozbiórki. Kupiło ją muzeum.

I jeszcze jedno, na co warto spojrzeć, zanim pójdziemy dalej. Wzdłuż dziobu biegnie rzeźbiona listwa: złocone zawijasy na czerwonym tle, snycerka jak z ołtarza. Galion dziobowy, nie pamiętam , czy jest jeszcze figura czy tylko ornament. To nie jest jacht ani okręt flagowy. To była ciężarówka — drewniany statek do wożenia czterystu trzydziestu ton towaru między portami. A i tak ktoś w Viareggio usiadł i wyciął w drewnie ornament, którego z pokładu nikt nie widzi, bo jest na zewnątrz burty. i tu widać rożnicę : kiedy buduje plan, i kiedy buduje człowiek. Gdy buduje człowiek zawsze musi być ładnie. Galion jest ładny.

Niżej, na czarnym poszyciu, białe cyfry zanurzenia. Jedyny napis na tym statku, który ma coś liczyć.

Pokład Brygantyny EBE.Milan: Science and Technology Leonardo da Vinci Museum

I teraz liczby, które robią z tego opowieść dla ludzi od transportu.

Statek pocięto na dziewięćdziesiąt kawałków. Przewieziono do Mediolanu dwudziestoma pięcioma ciężarówkami. I złożono z powrotem w środku hali — nie obok niej, nie przed nią, tylko w środku. Pawilon projektowano wokół tego kadłuba i wokół mostka transatlantyku Conte Biancamano. Kadłub stoi na trzydziestometrowej belce żelbetowej, opartej na słupach policzonych na ponad tysiąc ton. Całość otwarto 12 kwietnia 1964. uroczyście i z przecięciem wstęgi przez Prezydenta.

Czyli w tym budynku dwa razy zrobiono to samo, w odstępie czterdziestu lat. W 1963 pocięto statek na dziewięćdziesiąt części, żeby go wnieść. W 2005 nie cięto już nic — wyjęto kiosk i pęcherz, resztę przeprowadzono przez miasto w całości, na dwustu pięćdziesięciu kołach. Postęp w tej branży polega dokładnie na tym: coraz mniej trzeba rozbierać.

Kabestan

Wszedłem na galerię i patrzę na jej pokład z góry.


Nie ma tam ani jednego urządzenia, które robi cokolwiek samo. Przy maszcie stoi nagielbank z knagami, na których wisi kilkadziesiąt lin — każda idzie do innego żagla i każdą trzeba znać na pamięć, także po ciemku. Dwie szalupy na kozłach, świetlik nad zejściówką, kosze z drewnianymi wiadrami.

A na dziobie kabestan z założonymi drągami- te drągi to handszpaki. Kotwicę podnosiło się tak: kilku ludzi bierze handszpak pod pierś i chodzi w kółko, aż łańcuch wyjdzie z wody.

Silnik pomocniczy wstawiono jej dopiero w 1937 i dawał cztery węzły — na wypadek, gdyby zabrakło wiatru. Wszystko poza tym wszystko było robione ręcznie.

To jest ta sama korba, co przy cynkowej wannie z pierwszej części, tylko w skali statku. Z tą różnicą, że pralkę można było odstawić, a kotwicę trzeba było podnieść.

Dwustu czternastu i sześciuset pięćdziesięciu sześciu

Ebe jest w tej hali mniejszą z dwóch rzeczy, wokół których ją zbudowano. Drugą przechodzi się nie zauważając, że się w niej jest.

Wchodzi się przez zwykłe drzwi i nagle podłoga jest ciemnoczerwona, sufit ma podświetlaną wnękę, a na ścianie wiszą kinkiety. To nie sala muzealna udająca wnętrze statku. To jest wnętrze statku, wycięte i wstawione do budynku.

Conte Biancamano. model transatlantyka

Transatlantyk Conte Biancamano. Muzeum podaje wymiary wystawionej sekcji: osiemnaście i pół metra długości, dwadzieścia dwa i pół szerokości, osiemnaście i pół wysokości. Tysiąc ton. To jest ten sam tysiąc ton, na który policzono słupy pod belką Ebe — cała hala stoi na tej liczbie.

Zbudowano go w latach dwudziestych w Szkocji, u Beardmore'a, na zamówienie Lloyd Sabaudo. Ostatni włoski transatlantyk zbudowany za granicą. Wnętrza projektował Adolfo Coppedè.

Potem historia robi zwrot, którego się nie spodziewałem. Po piętnastu latach kursów do obu Ameryk wybucha wojna i statek rekwiruje armia amerykańska. Wnętrza idą na wynos, statek dostaje nową nazwę — Hermitage — i wozi wojsko. Po wojnie wraca do Włoch i idzie do stoczni w Monfalcone, żeby wyposażyć go od nowa.

I tu dopiero robi się ciekawie, bo sale główne rozdano dziesięciu różnym projektantom. Malarze Massimo Campigli i Mario Sironi, rzeźbiarz Marcello Mascherini, meblami zajął się Giò Ponti. Ponti napisał potem, że ten statek, przez kolejne mijane sale, jest wyrazem różnych temperamentów, i że to właśnie daje mu różnorodność.

Czyli idąc przez to wnętrze, nie chodzisz po roku 1925. Chodzisz po roku 1949, wstawionym w kadłub z 1925. To samo, co z Riccim i z pokładem działowym, tylko na tysiąc ton.

A teraz liczba, dla której to tu jest.

Ten statek zabierał tysiąc pięciuset osiemdziesięciu sześciu pasażerów. Dwustu czternastu w pierwszej klasie. Trzystu trzydziestu jeden w drugiej. Trzystu osiemdziesięciu pięciu w trzeciej. I sześciuset pięćdziesięciu sześciu w klasie turystycznej.

Ta sama woda, ta sama trasa, te same dwa tygodnie. Cztery ceny i cztery zupełnie różne podróże. Schody z brązową balustradą i płaskorzeźbą Mascheriniego, które muzeum pokazuje na planszy, były na pokładzie spacerowym pierwszej klasy. Sześciuset pięćdziesięciu sześciu ludzi z klasy turystycznej nigdy ich nie widziało. 

Teraz też możemy zaznać tej klasowości. Polecam podróż z Genui do Barcelony promem , który płynie dalej do Tangeru. Językiem opisać trudno, a zdjęcia zaginęły. 

W ścianie tej sali jest podświetlona wnęka, a w niej model tego samego statku. Statek w statku. Muzeum w muzeum — dokładnie jak ten magazyn spod pokładu, do którego zajrzę na końcu. I Fellini się kłania. 

Człowiek w środku broni

„Na dole pływająca ciekawostka: żywa torpeda" — tak to odbębniłem w pierwszej części. Jednym zdaniem.

Wracam do zdjęć i widzę, że to nie jest ciekawostka.


Siluro a lenta corsa, torpeda wolnobieżna. Włosi mówili na to maiale, świnia. Zielona rura na wózku, z białą literą Z na przedniej osłonie. Wtedy ta litera nie miała dzisiejszego znaczenia.

Dwa drewniane siodełka jedno za drugim, na wierzchu. Przedni operator siedzi za półkolistą osłoną przeciwfalową, w środku której jest koło sterowe. Tylny za zbiornikiem szybkiego zanurzenia, z dźwignią po prawej ręce.

Silnik elektryczny, cichy, na akumulatory. Stery głębokości i zbiorniki zalewowe jak w okręcie podwodnym — mogli schodzić do trzydziestu metrów. Aparaty tlenowe o obiegu zamkniętym, żeby nie puszczać pęcherzyków na powierzchnię.

Trzy węzły. Pięć i pół kilometra na godzinę. Wolniej, niż idziecie.

Robili to tak: dostarczeni przez okręt podwodny lub przez zamaskowany krążownik pomocniczy. Nocą, tuż pod powierzchnią, dwaj nurkowie podchodzili do stojącego w porcie okrętu. Przy burcie zanurzali się, odłączali głowicę z zegarowym zapalnikiem i podwieszali ją pod stępką na linie zaczepionej o płetwy anty przechyłowe lub podczepiali na magnesie do kadłuba. Potem odpływali na torpedzie do okrętu podwodnego, z którego wyszli.


Dwustu sześćdziesięciu kilogramów materiału wybuchowego, na którym siedzieli.

W ten sposób zatopili lub uszkodzili około trzydziestu okrętów w portach Morza Śródziemnego. Największa akcja to Aleksandria 1941 — trzy brytyjskie jednostki, w tym dwa pancerniki, siedemdziesiąt tysięcy ton łącznie. Teseo Tesei, który tę maszynę wymyślił, zginął pod Maltą w lipcu tego samego roku, w akcji prowadzonej własnym sprzętem. Jest jeszcze druga część w której maiale wzięły aktywny udział. Wojny prowadzone przez Izrael. ich XIII flotylla zapisała kartę bojową jakich mało... A jak jeszcze komuś mało to niech wpisze w wyszukiwarkę: Olterra.


Obok stoi drewniana łódź z płaskim pokładem i okrągłą pokrywą na dziobie. Brander z silnikiem. Motorówka wypełniona ładunkiem, w której siedział pilot: celował, blokował ster i wyskakiwał za burtę jakieś sto metrów przed uderzeniem, na oparciu własnego siedzenia, które służyło mu za tratewkę. Kładł się na niej płasko, żeby fala uderzeniowa nie rozerwała mu płuc. Łódź uderzała, dziób pękał wzdłuż nacięcia, ładunek szedł pod wodę i wybuchał dopiero przy burcie, na zadanej głębokości.

Człowiek jako układ naprowadzania, który w ostatniej chwili opuszcza pocisk. Dziś oglądamy to w relacjach z morza czarnego i paru innych akwenów. 

Trzy metry dalej stoi wieża artyleryjska  — przeciwlotnicza, ze stalowym bębnem i wąskimi szczelinami dla obsługi. To jest dokładne przeciwieństwo tamtych dwóch. Tam człowieka wsadzano razem z ładunkiem. Tu zamykano go w metalu, żeby przetrwał to, co spada z góry. Ta sama wojna, dwa przeciwne pomysły na to, co zrobić z ciałem załogi.


Na zdjęciu widać to bez tłumaczenia: bęben wieży, obok niego trzy osoby dla skali, a po prawej stronie kadru leży maiale. Jeden pomysł i drugi w jednym ujęciu.

Cztery cebrzyki

Zszedłem piętro niżej i wszedłem do rekonstrukcji pokładu działowego. To makieta, nie oryginał — lufy pomalowane na niebiesko, drewno za świeże — ale zrobiona przez kogoś, kto wiedział, co robi.


Bo tam jest wszystko, co powinno być. Dwa działa wytoczone do furt, liny odrzutu założone na knagi przy burcie. Kule ułożone w drewnianej listwie, na wyciągnięcie ręki. Cztery cebrzyki wprost na deskach. I kordelasy w stojaku przy grodzi, bo pokład działowy był też miejscem, z którego się wychodziło na abordaż.

Cebrzyki są tu najważniejsze i najłatwiej je przeoczyć. Woda w nich nie służyła do gaszenia. Po każdym strzale trzeba było wygasić żar w lufie mokrym wyciorem, zanim ktoś włożył tam następny ładunek — inaczej ładunek zapalał się od resztek poprzedniego, w rękach obsługi. Cztery cebrzyki na dwa działa to nie dekoracja, to rytm pracy.


Obok, już w hali, stoi samo działo bez pokładu: angielskie, odprzodowe, średniego kalibru, XVIII–XIX wiek. Choć , jak pamiętamy Anglicy podają kaliber w funtach. Muzeum rozpisało na tabliczce jego części po numerach, jak instrukcję.

I znowu wychodzi to samo, tylko o sto lat wcześniej. Odrzut trzeba było przyjąć liną, a nie ciałem. Huk brało się na gołe uszy. Rany na takim pokładzie zadawało najczęściej nie żelazo przeciwnika, tylko własny statek — drzazgi z roztrzaskanej burty. Człowiek nie siedział w środku broni jak przy maiale i nie był zamknięty w metalu jak w wieży. Stał obok, boso, i był jedyną częścią mechanizmu, której nie dało się nabić powtórnie.

Trzy odpowiedzi

Cztery kroki dzielą w tej hali trzy sposoby na ustawienie człowieka względem broni.

W środku ładunku — maiale. Przed ładunkiem, do ostatniej chwili — brander. Zamknięty przed cudzym ładunkiem — wieża. A o sto lat wcześniej, na pokładzie działowym, po prostu obok, boso, bez niczego. Na Ebe zaś, piętro wyżej i bez żadnej wojny, człowiek jest po prostu silnikiem.

Piętro niżej, w hali kolejowej, każdy kolejny wynalazek wyjmował człowieka z maszyny. Tutaj żaden go nie wyjmuje. Bo z wody nie ma jak wysiąść — nawet gdy wszystko pójdzie dobrze, trzeba wracać tą samą drogą, tak samo wolno, w tym samym kierunku, przez tę samą wodę.


Poprzednia: 2. Dwie ślepe uliczki i jedna droga · Następna: 4. Trzy dziesiąte milimetra — hala lotnicza.


Museo Nazionale della Scienza e della Tecnologia Leonardo da Vinci
Via San Vittore 21, Mediolan · wejście od via San Vittore, wyjście od via Olona · metro Sant'Ambrogio
Wtorek–piątek 9:30–17:00, soboty i święta 9:30–18:30. Poniedziałek nieczynne. Wstęp do godziny przed zamknięciem.
Bilet 10 euro, ulgowy 7,50.
Ponad pięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych — trzy godziny to absolutne minimum. Pawilon lotniczo-morski jest osobnym budynkiem, łatwo go przeoczyć. Wnętrze okrętu podwodnego Toti zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem i po rezerwacji, biletu nie da się kupić osobno od wstępu do muzeum. Magazyny (Collezioni di Studio) muzeum udostępnia w wybrane terminy, też z przewodnikiem i za dopłatą — kalendarz aktualizowany co miesiąc, aktywność trzeba dołożyć w chwili zakupu biletu online.
W środku nie ma restauracji, tylko automaty z napojami.

piątek, 21 sierpnia 2026

Byliśmy w Mediolanie. Muzeum Techniki, część druga — hala kolejowa

https://samouczektechniczny.blogspot.com/2014/11/bylismy-w-mediolanie-muzeum-techniki.html


 Teza tej części: o tym, co wygrywa w technice, nie decyduje lepszy wynalazek, tylko ten, który da się rozciągnąć na całą sieć. W jednej hali stoją obok siebie trzy rozwiązania tego samego problemu — dwa z nich były sprytniejsze, a wygrało trzecie. I przy okazji wyszło, że elektryfikacja załatwiła coś, czego nikt nie wpisał do specyfikacji: wyjęła człowieka z dymu. I udowadnia moją tezę , że zawsze wygra maszyna ktora ma mniej części ruchomych.


W pierwszej części napisałem jedno zdanie, które teraz chciałbym rozwinąć: że Włochy są górzyste i silnik elektryczny znalazł zastosowanie, jak tylko dojrzał.

Znalazł. Tylko warto zobaczyć, co dokładnie zastąpił.


parowóz breda 691022, i elektrowóz E550030.


Stoją tam obok siebie parowóz 691 022 z 1914 roku, zbudowany u Bredy w Sesto San Giovanni, i coś znacznie skromniejszego: brązowawa buda z kratkowanymi bokami i dwoma pałąkami na dachu. E 550 030, rok 1910.

Popatrzcie na te dwa pałąki i dwa druty nad nią. To nie ozdoba — ta lokomotywa jeździła na prądzie trójfazowym, a trzecią fazą były szyny. Część elektryczną projektował Kálmán Kandó, Węgier, największy wtedy specjalista od trakcji trójfazowej. Mechanikę zamówiono u Westinghouse'a w Vado Ligure, w pierwszej na świecie fabryce zbudowanej specjalnie do produkcji lokomotyw elektrycznych.

elektrowóz E550030


Silnik trójfazowy trzyma stałe obroty. Nie przyspiesza efektownie, za to ciągnie równo. Dlatego nazwali ją mułem z Giovi — od przełęczy nad Genuą, gdzie linia z portu na przemysłową północ dusiła się od ruchu, a parowozy nie wyrabiały. Czterdzieści pięć kilometrów na godzinę, sześćdziesiąt ton, dwa tysiące koni. W służbie ponad siedemdziesiąt lat.

Czarne pyski

A na tabliczce, między danymi technicznymi, zdanie o tym, że E 550 była rewolucyjna również dlatego, że oszczędzała obsłudze morderczej i niebezpiecznej pracy przy palenisku w tunelu. Że z elektrycznymi lokomotywami zniknęły „czarne pyski".

Palacz w parowozie, na podjeździe, w długim tunelu, dusił się własnym dymem. 

Napisałem wtedy o zapachu smaru i dymu, który przywołuje podróże z dzieciństwa. Przywołuje. Tylko że komuś ten dym wchodził do płuc przez osiem godzin dziennie.

I to jest ta rzecz, której nie ma w żadnej broszurze reklamowej z epoki. Trakcję elektryczną wprowadzano dla przepustowości i kosztów. Płuca palacza były skutkiem ubocznym, wpisanym na tabliczkę dopiero przez muzealnika, sto lat później.

Trzy pomysły na jedno

Kilka kroków dalej stoi jeszcze jedna elektryczna buda, E 321 012 z 1927. Wygląda podobnie, ale prąd brała skądinąd — z trzeciej szyny, leżącej przy torze. Ten sposób obsługiwał linie z Mediolanu do Varese i neapolitańskie metro, po czym przegrał z siecią napowietrzną. Linie do Varese trzymały trzecią szynę do 1951, Neapol do 1935.

lokomotywa elektryczna E321012


Czyli w jednej hali stoją trzy pomysły na to samo: dwa przewody i prąd trójfazowy, trzecia szyna pod nogami, i sieć trójkilowoltowa prądu stałego, która wygrała wszystko.

Warto zobaczyć, dlaczego wygrała, bo to nie jest oczywiste. Trójfazówka Kandó była pod względem silnika lepsza i sprawniejsza. Trzecia szyna była tańsza w budowie. Obie przegrały z tego samego powodu: nie dawały się rozciągnąć. Dwa przewody nad torem to koszmar na każdej zwrotnicy i każdym rozjeździe — trzeba je poprowadzić tak, żeby się nie zwarły, a węzeł kolejowy to sto rozjazdów obok siebie. Trzecia szyna z kolei nie pozwala na przejazdy w poziomie szyn i nie znosi wysokich napięć, więc nadaje się do metra, a nie do linii przez pół kraju.

Wygrała rzecz nudniejsza od obu, za to obojętna na topologię sieci: jeden przewód, jedno napięcie, ta sama zasada na stacji i w szczerym polu.

Zapamiętajcie ten układ — dwie ślepe uliczki i jedna droga — bo wróci w części piątej, na górze, w lotnictwie. Tam takich odnóg będzie cztery.

Gotowe i konstrukcja

A w gablocie przy ścianie — modele mediolańskich tramwajów, i jeden rozebrany do gołej ramy. Widać kratownicę, wiązary, wózki. Ktoś świadomie postawił obok siebie gotowe i konstrukcję.

tramwaje mediolańskie . kratownicowa konstrukcja tramwaju


To najuczciwsza gablota w całym muzeum. Reszta pokazuje efekty. Ta jedna pokazuje, że każdy efekt jest kratownicą, którą ktoś policzył.


Poprzednia: 1. Siedem lat · Następna: 3. Wracać tą samą drogą — pawilon morski.


Museo Nazionale della Scienza e della Tecnologia Leonardo da Vinci
Via San Vittore 21, Mediolan · wejście od via San Vittore, wyjście od via Olona · metro Sant'Ambrogio
Wtorek–piątek 9:30–17:00, soboty i święta 9:30–18:30. Poniedziałek nieczynne. Wstęp do godziny przed zamknięciem.
Bilet 10 euro, ulgowy 7,50.
Ponad pięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych — trzy godziny to absolutne minimum. Pawilon lotniczo-morski jest osobnym budynkiem, łatwo go przeoczyć. Wnętrze okrętu podwodnego Toti zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem i po rezerwacji, biletu nie da się kupić osobno od wstępu do muzeum. Magazyny (Collezioni di Studio) muzeum udostępnia w wybrane terminy, też z przewodnikiem i za dopłatą — kalendarz aktualizowany co miesiąc, aktywność trzeba dołożyć w chwili zakupu biletu online.
W środku nie ma restauracji, tylko automaty z napojami.

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Muzeum Techniki w Mediolanie (1): Siedem lat

Praktycznie

Museo Nazionale della Scienza e della Tecnologia Leonardo da Vinci
Via San Vittore 21, Mediolan · wejście od via San Vittore, wyjście od via Olona · metro Sant'Ambrogio

Wtorek–piątek 9:30–17:00, soboty i święta 9:30–18:30. Poniedziałek nieczynne, wstęp do godziny przed zamknięciem. Bilet 10 (13)euro, ulgowy 7,50(8).

Ponad pięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych — trzy godziny to absolutne minimum, a i tak czegoś nie zobaczysz. Pawilon lotniczo-morski jest osobnym budynkiem i najłatwiej go przeoczyć, a stoi w nim to, co w tym muzeum najlepsze. Wnętrze okrętu podwodnego Toti zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem i po rezerwacji; biletu nie da się kupić osobno od wstępu. Magazyny (Collezioni di Studio) muzeum udostępnia w wybrane terminy, też z przewodnikiem i za dopłatą — kalendarz aktualizowany co miesiąc, a aktywność trzeba dołożyć w chwili zakupu biletu online.

W środku nie ma restauracji, tylko automaty z napojami. Wiem, co mówię.

Godziny i ceny sprawdzone w sierpniu 2026. Przed wyjazdem zerknij na museoscienza.org, bo się zmieniają.


Teza tej części: największa liczba w całym muzeum nie stoi przy żadnej maszynie wojennej. Leży w gablocie z pralkami, podana spokojnie, jednym zdaniem, jak każda inna dana techniczna. I dotyczy godzin, których nikt nie liczył, bo należały do kobiet.


Zacząłem od pralek — bo tam się wchodzi, nie dlatego, że chciałem.

Tak to wtedy zapisałem: stare pralki, odkurzacze, plakaty. Przypomniałem sobie, że niektóre widziałem w Pewexie, lekko się rozczuliłem i poszedłem dalej.

Wracam teraz do tej gabloty i widzę, że przeszedłem obok najważniejszej liczby w całym budynku.

 



 

W środku stoi ręczna pralka bębnowa: perforowany bęben w cynkowej wannie, korba z boku, wszystko na kozłach z kątownika. Obok niebieska kula z chromowaną pokrywą, zawieszona w ramie na czopach. Napis „primina". Bujało się to albo kręciło za rączkę.

Plansza obok tłumaczy, że pranie potrzebuje trzech energii: chemicznej z detergentu, cieplnej z gorącej wody i mechanicznej. Trzecia pochodzi z ludzkich ramion albo z pralki. Cała historia tego urządzenia to przenoszenie jednej pozycji z pierwszej kolumny do drugiej.

I jest tam zdanie, którego wtedy nie doczytałem. Już w latach sześćdziesiątych pralka w domu oszczędzała siedemnaście i pół godziny fizycznej pracy tygodniowo. W przeliczeniu na całe życie: siedem lat.

Siedem lat oddanych z powrotem człowiekowi. Konkretnie: kobiecie, bo to ona stała przy tej korbie.

Muzeum podaje to spokojnie, jednym zdaniem, jak każdą inną daną techniczną.

Kwadracik, który był przyszłością

O barze i automacie, który najadł się moimi monetami, napisałem w pierwszej części. Napisałem też, że robię zdjęcie kodu QR na pamiątkę.

 

Butelka włoskiej oranżady z kodem QR na etykiecie, zdjęcie z 2014 roku


 

Jest. Butelka oranżady z Boffalora sopra Ticino, skórka pomarańczy i chiński rabarbar, i ten kwadracik, który w 2014 wydawał się przyszłością. Muzeum wklejało je nawet w podłogę.

Jedenaście lat później kod QR nie jest przyszłością ani przeszłością. Jest tapetą. Wisi na każdym stoliku w każdej knajpie i nikt go nie zauważa. Dokładnie jak korba przy cynkowej wannie w tej gablocie piętro wyżej: przez sto lat oczywistość, potem eksponat.

To jest cała ta część. Rzeczy, które oddają człowiekowi godziny, robią to po cichu i nikt im nie stawia pomnika. Pomniki stoją w następnych częściach — przy maszynach, które godziny zabierały.


Następna część: 2. Dwie ślepe uliczki i jedna droga — hala kolejowa.

środa, 29 lipca 2026

Gomułka, gazomierze i wielka amerykańska lodówka

Mówi się, że w PRL wystarczyło być. Znam ten pogląd, sam go czasem powtarzam, a potem przypominam sobie, jak wyglądał tydzień pracy mojego ojca, i przestaję.

To jest historia o tym, jak człowiek z maturą z Ciechanowa dojechał własnym fiatem do Stambułu. I o tym, ile go to kosztowało.

Goniec

Ojciec ma na imię Stanisław. Matura w Ciechanowie, potem wyjazd do Warszawy, bo tam było życie. Zatrudnił się w gazowni i podejrzewam, że był to czysty przypadek — po prostu tam akurat kogoś brali.

Został gońcem. Nosił papiery z pokoju do pokoju.

I wtedy stała się rzecz, którą dziś nazwalibyśmy zarządzaniem talentami, a wtedy była zwykłym rachunkiem: ktoś zauważył, że Staś ma maturę. W tamtych latach matura była walutą. Nie każdy ją miał, a papiery trzeba było komuś dać do rysowania.

Do kreślarni z nim. Najpierw pomocnik kreślarza, potem kreślarz.

Oszczędności towarzysza Gomułki

Gomułka lubił oszczędności. Uznał, że skoro ludzie płacą za gaz ryczałtem, to go marnują, i kazał zakładać indywidualne gazomierze.

Brzmi jak decyzja, która zapada w gabinecie i tam zostaje. Ale gazomierz trzeba gdzieś zamontować, a żeby go zamontować, trzeba wiedzieć, jak biegnie instalacja. To musi być na planach. A planów albo nie było, albo się nie zgadzały. Więc ktoś musiał pojechać i sprawdzić na miejscu.

Kto pojedzie? No przecież najmłodszy. Stasio.

I Staś pojechał. Wychodził rano, wracał wieczorem, przez całą Warszawę, budynek po budynku. W nagrodę dostał dwie rzeczy: nieograniczone nadgodziny i darmowy bilet miesięczny.

Dziś to brzmi jak kara. Wtedy to była wygrana na loterii. Bo nagle w domu pojawiły się pieniądze, i z każdym miesiącem było ich więcej.

1974, fiat 125p, kierunek Stambuł

W 1974 pojechaliśmy do Turcji. Własnym, nowym fiatem 125p.

Tam przez Związek Radziecki, Rumunię i Bułgarię. Z powrotem przez Jugosławię i Austrię. Wszystko z jednej pensji i nadgodzin.

Na kempingu w Stambule spotkaliśmy różnych Polaków. Byli i tacy, którzy przyjechali Syreną, z jedzeniem zabranym z domu na cały wyjazd. Nie pamiętam, jak się nazywali. Miałem dziesięć lat i zapamiętałem obrazek, nie nazwiska.

Lodówka

Zaraz po wjeździe do Turcji zatrzymaliśmy się na parkingu. Kran, koryto, pusto. Kanapki.

Znikąd pojawił się facet o wyglądzie chłopa. Zapytał: Bułgaria? Nie, mówimy, Polonia. Pokręcił głową — a oni tam kręcą głową odwrotnie niż my — zawrócił i poszedł do budy, na którą wcześniej nie zwróciliśmy uwagi.

Wrócił z zimnym tuborgiem i colą. Postawił i bez słowa poszedł z powrotem.

Skąd on miał zimne?

Ojciec mówi: no to idź, odnieś butelki.

Poszedłem. Wszedłem do środka, półmrok. Przy stołach siedzą w bezruchu inni chłopi. Mój chłop stoi za barem. Podszedłem, oddałem butelki. On pokręcił głową, odwrócił się i otworzył wielką amerykańską lodówkę.

Taką lodówkę zobaczyłem w Polsce dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych.

Dostałem chyba loda i pomachanie ręką.

Ultimatum

Potem w robocie zrobił się problem. Ktoś się musiał pod tymi projektami podpisywać, a kreślarz się nie podpisuje. Ojciec dostał ultimatum: albo uprawnienia, albo koniec.

To i został inżynierem. Zaocznie.

Człowiek po pracy, po całych dniach w terenie, siada wieczorami do nauki. Nie z ambicji. Dlatego, że tak trzeba.

Ruskie znaleźli gaz

I wtedy otworzyło się kolejne okno. Rosjanie odkryli gaz i zaczęli go pchać rurami do Europy i do demoludów.

Tylko że to był gaz ziemny, a Polska siedziała na gazie miejskim, produkowanym z węgla. A te dwa gazy różnią się wszystkim: wartością opałową, gęstością, prędkością spalania. Trzeba było przejść z jednego na drugi w całym kraju — przeliczyć, przerobić sieć, wymienić dysze w każdym palniku w każdej kuchni.

No i ojciec jeździł. Kasy było więcej, ale ojca w domu nie było. Matka się wściekała i skrzętnie gromadziła.

Przy okazji okazało się, że gaz ziemny uwolnił węgiel — a węgiel szedł na eksport i był jednym z niewielu towarów, które mieliśmy do sprzedania. Gaz był tani. Więc zaczęto budować gazociągi wszędzie.

A ojciec jeździł i rysował. Już pod egidą zespołu projektowego, czyli prywatnej inicjatywy schowanej w państwowej spółdzielni.

Potem kolejne okno: dopuszczono do zasilania gazem przedsiębiorstwa prywatne i spółdzielcze. Eldorado trwało dalej.

Z zera doszli do działki w Warszawie i dużego domu.

Kariera?

Można na to spojrzeć tak: całe życie rysował prawie to samo.

Ale to nieprawda. Punkty zwrotne w tej historii nie leżą tam, gdzie się wydaje. To, że go w ogóle zatrudnili, było przypadkiem. Wszystko, co potem, wzięło się z tego, że za każdym razem, gdy pojawiała się robota, której nikt nie chciał, mówił "pojadę".

Gazomierze to nie była synekura, tylko harówka po całym mieście. Reszta kreślarni siedziała przy deskach w cieple i pewnie im to odpowiadało. Konwersja na gaz ziemny to nie było przerysowywanie w kółko tego samego — pomyłka w takich rysunkach kończy się wybuchem. Zaoczne studia po czterdziestce to nie jest rzecz, którą się robi z rozpędu.

Ustrój otworzył drzwi. Ale koniunktura sama nie kupuje fiata i nie wywozi rodziny do Stambułu. Ktoś musiał stać we właściwym miejscu i nie usiąść.

Cena jest w tej opowieści widoczna gołym okiem, tylko trzeba chcieć ją zobaczyć. Ojca nie było w domu. Dom, działka i Turcja zostały kupione za jego nieobecność.

Tak to wtedy wyglądało u wszystkich, którym się udało. I to jest ta część, o której mówi się najmniej.

niedziela, 26 lipca 2026

Panie Cieplak, wymieniamy beczkę?

 chlor płynny w butlach. 

jeździło się po niego do Bydgoszczy do Zachemu. w Płońsku produkowano "delicje szampańskie" : biszkopt z galaretką oblany czekoladą. Przebój cukierniczy z lat 80-tych do dziś produkowany. W sklepie przy wytwórni to sprzedawano, a kierowcy naszego konwoju to kupowali. Konwój bo to był konwój - nadzorowany przez milicję( trzeba ją było wcześniej powiadomić i trasa była stała) . nadzór polegał na tym że co jakiś czas spotykaliśmy radiowozy wyrażnie na nas oczekujące. W zachemie w hotelu pracowniczym (prawdziwy hotel) , wieczorem bywały lepsze i gorsze imprezy. a delicje chłopaki wymieniali na rajstopy ... Rano cały konwój wjeżdżał do Zachemu. To był poniemiecki zakład , widać to było i czuć. Punkt odbioru beczek z chlorem punktem wymiany: my im puste , oni nam pelne. Klinowaliśmy je drewnianymymi klinami wbijaąc w nie gwożdzie wprost w drewnianą podłogę skrzyni samochodu. I do Warszawy na Czerniakowską. Tam przy osadniku pobierającym wo∂e z Wisły był specjalny, nowoczesny magazyn . Wielka hala, czujniki itd. tam się rozładowywało samochody i to był koniec delegacji. Na pierwszej zmianie objeżdżało się punkty dodawania chloru do wody- chlorownie. Do stałego wyposażenia osobistego należała maska pgaz. słoń starego typu. Zawsze wchodziło się tam po wywietrzeniu. Na ścianie wisiał chlorator. Pokazywał ciśnienie chloru w beczce, ciśnienie wody wchodzące i na specjalnej miarce ustawiało się ilość dodawanego chloru gazowego do mieszacza . Głównym zadaniem było sprawdzić ciśnienie w beczce i czy starczy chloru na najbliższe cztery godziny. Zapomniałem ; beczki były umieszczone na wadze która była obowiązkowym wyposażeniem chlorowni. zestawienie tych trzech danych : wagi beczki, ciśnienia chloru i wody dawało wynik jaki ustawiało się na dozowniku chloru. Czasem trzeba było przylączyć nową beczkę. i tu była historia ilustrujaca , jak było dawniej. Często pracowałem z panem Cieplakiem. facetem tuż przed emeryturą. całe życie był chłoporobotnikiem, łaczył pracę na zmianach w wodociągu i uprawę własnego pola. Uczciwie mówiąc to że tu pracował dawało mu prawdziwy wypoczynek po tyrce na polu i w zagrodzie.. By przełączyć beczkę należało odkręcić rurkę miedzianą? chyba od zaworu beczki. była tam uszczelka z ołowiu którą trzeba było wymienić. A skąd uszczelka? sami je robiliśmy, blacha ołowiana , młotek , dwa wycinaki i sprawne ręce i oczy. Jako najmłodszy , to ja je wycinałem. Pierwszy raz jak pracowałem z Cieplakiem i pojechaliśmy melexem w obchód, wogóle nie zwracałem na niego uwagi , wiedziałem co i jak robić , wiedziałem też jak to robić. Podjechaliśmy na chlorownię, ja wziąłem klucz do drzwi, otworzyłem , sprawdziłem parametry. Widać było że trzeba wymienic beczkę, na szczęście była zapasowa, trzeba je było tylko wymienić.. Patrzę Cieplak siedzi, ale wstał i stanął w drzwiach, patrzy. przełączyłem beczki, wymieniłem uszczelkę i gotowe. tylko spojrzenie na dawkę chloru, regulacja i koniec do następnej chlorowni. Cieplak siedzi na miejscu pasażera i nic nie mówi. Na wszelki wypadek zapytałem czy wszystko w porządku. Cieplak poruszył głową i powiedział: jak byłem tu młodym pracownikiem, to jak starzy wchodzili do chlorowni, to zawsze kazali mi czekać na zewnątrz. i musiałem się wkupić by mi pokazali co oni tu robią. a ty wiesz wszystko i nawet mnie nie zapytałeś czy coś robimy czy nie. Nie odpowiedziałem nic. Ale zawsze jak z nim potem pracowałem, pytałem go o zgodę, zawsze dodając panie. Panie Cieplak, to wymieniamy beczkę? itd . A Cieplak zawsze jak mnie widział szeroko się uśmiechał.