wtorek, 14 listopada 2023

 A tu wspomnienie o Dziadku Piotrze Kobuszewskim

https://www.facebook.com/figurkinowemiasto

https://samouczektechniczny.blogspot.com/2023/11/tu-wspomnienie-o-dziadku-kobuszewskim.html

"100. rocznica Bitwy Warszawskiej" (V)
Piotr Kobuszewski urodził się 25 lipca 1900 r. w Gościminie. Był synem Adama i Teofili z Zimińskich małżonków Kobuszewskich. Po śmierci matki i ponownym ożenku ojca w 1904 r. przeprowadził się do Gucina, gdzie mieszkała jego macocha, Józefa z d. Grzelak.
Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Po powrocie z wojny ożenił się z Janiną Szwarc, z którą miał pięcioro dzieci.
W jego domu w Gucinie znajdowała się spora biblioteka z książkami o tematyce historycznej i patriotycznej, jak np. "Rok 1920" Józefa Piłsudskiego.
W czasie II wojny światowej był sołtysem gromady Gucin.
Po wojnie wyjechał do Srokowa na Mazurach. W Polsce Ludowej nie było wskazane przyznawać się do walki przeciw bolszewikom, stąd nie mówił o tym głośno. Miał jednak to szczęście, że dożył transformacji ustrojowej i jego dokonania zostały docenione przez odrodzoną Polskę.
W 1990 r. został odznaczony Krzyżem za udział w wojnie 1918-1921, awansowany na stopień podporucznika, a w 1992 przyznano mu status kombatanta. Dożył 99 lat. Na pogrzebie był sztandar i kompania honorowa.
Unikatowym dokumentem, z jakim spotkałem się do tej pory po raz pierwszy, są jego wspomnienia z wojny polsko-bolszewskiej, które spisał w odpowiedzi na pismo Centralnego Archiwum Wojskowego z 1992 r. ws. przyznania statusu kombatanta.
"Służyłem w 11 Dywizji 7 Pułku Legionów 3 Kompania w Lidzie" - takimi słowami Piotr Kobuszewski rozpoczyna swoje pismo. Po czym wymienia dowódców oraz kapelana, ks. kpt. Skorupkę (!). Wspomina o uczęszczania do Szkoły Podoficerskiej, a następnie szczegółowo opisuje szlak bojowy, który wiódł od Lidy (miasta na Białorusi) przez Wilno, Berezynę, aż do Radzymina.
"W Radzyminie przyjechał do nas Marszałek Piłsudski, generał Sikorski, generał Haller oraz pułkownik francuski. Walczyliśmy pod Radzyminem, gdzie zginął ksiądz kapelan Skorupko /ok. 30 m. obok mnie/. Po zwycięstwie udaliśmy się do Strugi. Ze Strugi pod Wołomin, gdzie zlikwidowaliśmy resztę bolszewików." Dalej kontynuował szlak bojowy przez Brześć, Kobrań, aż do Szepietówki na Wołyniu, gdzie zakończył bój.
Było to już kolejne pismo w tej sprawie pisane do Instytutu. Nie dziwi, że chciano uzyskać jak najwięcej informacji od jednego z ostatnich żyjących kombatantów. Dla starszego człowieka udowadnianie po raz kolejny faktów z jego przyszłości było dość przykre. W ostatnim akapicie 92-latek powołuje się na przyznane odznaczenia i awans na stopień oficerski. "Czy to jest bez żadnej wartości dowodowej do uzyskania należnych mi praw kombatanckich? Muszę napisać, ze cały ten tryb załatwiania tych formalności jest dla mnie już bardzo uciążliwy. Robię to dla swojej satysfakcji po tylu latach milczenia przez wszystkich."
Także i my, w 100. rocznicą Bitwy Warszawskiej, musimy przerwać ten czas milczenia i przywrócić do świadomości współczesnych, jak najwięcej nazwisk bijących się wtedy o Polskę. Po raz kolejny ponawiam apel, by zgłaszać do mnie nazwiska uczestników nie tylko wojny polsko-bolszewickiej, ale również innych działań wojennych.

piątek, 15 września 2023

Moja rodzina i Ja. Krótki opis. Póki pamiętam.

 moja rodzina i ja

krótki opis 


urodziłem 09071964

w warszawie na ulicy karowej


ojciec przyjechał do warszawy spod nasielska

matka z Otwocka


byłem pierwszym dzieckiem. w 1970 urodziła się siostra katarzyna.


Ojciec był jedynym pracującym członkiem rodziny. Dzięki życiowemu szczęściu, mógł połączyć pracę na etacie i prywatną działalność. był projektantem sieci gazowych, miał wykształcenie inżynierskie.

Lata na które przypadł czas jego działalności to 1965- 2000, a był to gwałtowny rozwój sieci gazowniczej w PL. A w Warszawie w szczególności.


Matka pochodziła z Otwocka. Z rodziny nawet wtedy nie uznawanej za normalną. Ojciec matki był alkoholikiem z skłonnością do przemocy i sadyzmu, ale też podkreślano jego wielkie zdolności manualne. Matka opowiadała że na któreś urodziny dostała od niego szklany dom dla lalek. Ale też opowiadała że jak wracał pijany, to wszyscy uciekali na dwór i ukrywali się póki nie usnął. Była ona, rodzina, na tyle patologiczna, że babcia (matka matki) zdecydowala się we wczesnych 60-tych na rozwód. Bylo to przedstawiane jako wielki sukces emancypacyjny Babci. Babcia nie miala nawet skończonej podstawówki.


Matka miała też brata Jerzego. 


Jerzy, był niezwykle uzdolniony muzycznie. Został muzykiem grającym w zespołach które wyjeżdżały z pośrednictwem PagArt za granicę. Miał również pasje poza muzyczne: motoryzację i modelarstwo. Zawsze był przedstawiany jako wzór do naśladowania. oprócz jednej cechy: namiętności do alkoholu.


Rodzice po ślubie zamieszkali w Warszawie na ulicy sewerynów? Nie mam tu pewnych wiadomości. A zapytać nie ma kogo.

Ojciec pracował w gazowni warszawskie przy ówczesnej ulicy kruczkowskiego. 

Początkowo goniec, a później ze względu na zdaną maturę pomocnik kreślarza, z czasem został kreślarzem.

W owych czasach całą dokumentację rysowano i prowadzono ręcznie. 

Za czasów Gomułki, a o nich mówimy, postanowiono by w ramach oszczędności każde mieszkanie miało swój gazomierz i indywidualną instalację gazową. 


Tu ważna dygresja- w tamtych czasach jeszcze nie istniały gazociągi z sowietów. Gaz był tzw. miejski. Był on, gaz , wytwarzany w procesie prażenia węgla bez dostępu tlenu. przez co był drogi i było go niewiele zwłaszcza przy tak rozrastającym się mieście jak warszawa.


By każde gospodarstwo mogło mieć gazomierz i instalację, należało wykonać dokumentację. 

Oznaczało to  udanie się pod adres kamienicy, domu. Zdjęcie pomiarów i następnie wrysowaniu w istniejącą dokumentację nowej instalacji. 

Jak ojciec wspominał, nikt nie chciał tego robić. Pamiętajmy o tym że nie było mowy o jeździe samochodem służbowym czy jakimkolwiek innym. Pieszo lub autobusem. Cały kram rysowniczy mając przy sobie. A kontakt z mieszkańcami, tychże domów którzy nie raz brali ojca za komornika, milicjanta lub żyda który chce odzyskać swoje, nie należał do przyjemności.


Ale był w tym czasie najmłodszy w pracowni. I to załatwiło sprawę. Jako dygresję można dodać że pamiętam dwa nazwiska z tamtych lat. Maria Suwalska, pani która robiła ojcu drugie śniadanie w pracy (matka mu to zawsze wypominała) i pana filipiaka. pan filipiak miał w szafce zastawę stołową i sztućce oznaczone „heereswaffenamt” i swastykami. Szeptano o nim że był w niemieckim wojsku.

I tak ojciec wszedł w tryb pracy wstawał rano , śniadanie i wracał ok 20 do domu. Nie pamiętam ojca na obiedzie w tygodniu.


Pojawił się interesujący aspekt uboczny: pieniądze.  Ojciec opowiadał że kierownictwo biura postanowiło potraktować te jego podróże służbowe jako delegację i dać mu nieograniczoną liczbę nadgodzin. Ojciec skwapliwie to wykorzystał i przynosił z każdą wypłatą więcej pieniędzy.

I na koncu, ale nie ostatnie: dostali z matką mieszkanie służbowe. dwa pokoje ze ślepą kuchnią i łazienką na pierwszym piętrze w nowopowstałym bloku gazowni przy ludnej 12. mieszkanie było w komplecie z piwnicą i garażem na motocykl. Po kilku latach założono też telefon.


Po dwóch latach małżeństwa, jeszcze przed przeprowadzką na Ludną pojawiłem się ja- Robert. Dlaczego Robert? Nikt nie potrafił mi wyjaśnić.


Było fajnie, mieszkanie. pojawił się pierwszy pojazd: skuter Osa. Pamiętam go, i wycieczki w troje na majówki. Ojciec umiał rzeźbić w korze łodzie i statki. umiał też zrobić gwizdek z gałęzi i pleść koszyki z witek krzewów. 


Wraz z moim pojawieniem się na świecie zmieniły się też stosunki w rodzinie. Matka która podobno bardzo żle znosiła ciążę, opowiadała poźniejszymi laty że jej organizm „zwalczał” ciąże jak chorobę, zrezygnowała z pracy. Częściowo pod presją Ojca, a też zapewne dlatego że byłem chorowitym dzieckiem. A pieniędzy z zarobków ojca było tyle że wystarczało z naddatkiem.


Na tyle chorowitym że już w wieku trzech czy czterech lat pojechałem samodzielnie do sanatorium w Rabce.

Jak się okazało mój mózg przechował wspomnienie z tamtego pobytu.

Co jakiś czas śnił mi się sen: stoję w szeregu ubranych w pasiaki dziecięcych postaci, w ciemnym korytarzu z którego jasnego końca dobiegają dziecięce krzyki, płacze, śmiech i pytania zadawane kobiecymi głosami.

Wszyscy kołyszą się, ni to śpią, ni to są w jakimś letargu. z jasnego końca dobiegają pytania: imię? nazwisko? jak to nie wiesz? no jak się nazywasz? i dziecinnym głosem wypowiadane: piotruś… Ale jak nazwisko? nie wiem.. No to czyj ty jesteś? mamusi… i często też padało : zgierz, pabianice.


Podzieliłem się kiedyś opowieścią o tym z matką. I to ona wyjaśniła mi, że to nie obóz koncentracyjny, ale ważenie, mierzenie i przyjmowanie dzieci do sanatorium w rabce.


W sanatoriach bywałem jeszcze nie raz, ale to będzie inna opowieść.


Gdy matka przestała pracować zmieniło się wiele. Matce nudziło się w domu i wiele spacerowaliśmy (nie chodziłem jeszcze wtedy do szkoły), bawiła się ze mną, wtedy pojawiły się w kioskach i sklepach z zabawkami modele do sklejania i mieliśmy w domu całą kolekcję plasticartu. 

Udało się też załatwić przedszkole dla mnie. częściowo z powodu zaleceń zdrowotnych: ruch i kontakt z innymi dziećmi miał mnie uzdrowić. I tak znalazłem się w przedszkolu (jeszcze niedawno istniejącym) na Tyłach ulicy Nowy Świat nie daleko od ulicy Kubusia Puchatka.


Nie pamiętam wędrówki z Matką do przedszkola ani powrotów z nią z tegoż.

Ale pamiętam te wędrówki z ojcem. 


często gdy mieliśmy iść rano do przedszkola ojciec łapał samochód „na łebka” i zdarzyło się że jechałem do przedszkola samochodem Humber z ambasady angielskiej. 


A gdy wracaliśmy, to wędrowaliśmy pieszo wzdłuż Nowego światu by przy Placu Trzech Krzyży skręcić w Książęcą.

Ale nie zawsze, czasami szliśmy ulicą Bracką, a tam był sklep z zabawkami! 

był to żelazny punkt programu. Pan sprzedawca by wysoki, w okularach i flanelowym błyszczącym fartuchu. 

Zabawek już nie pamiętam.


Był jeszcze jeden punkt programu w czasie powrotów z ojcem z przedszkola: Cafe Bar Santos.

Ojciec zawsze był serdecznie witany przez żeńską załogę baru. Jak się okazało, ojciec tam zaprojektował gaz. Była kawa, ciastko. Dla mnie sok, oranżada i ciastko. Po latach dowiedziałem się że Santos   to było miejsce spotkań panów lubiących panów. Gdy powiedziałem o tym ojcu, był zaskoczony tym faktem.


I potem zejście Książęcą. Najważniejszą ulicą w moim życiu. 


Niektórzy twierdzą że pamiętam to dlatego że były to rzadkie wydarzenia, możliwe. Choć pamietam że chodziłem tak z ojcem, jak i z matką do kina. Pamiętam nawet jaki ostatni w dzieciństwie film oglądałem z ojcem. Komedię francuską „samotnik” w kinie atlantic. 


Lata biegły, ojciec zarabiał coraz więcej, pojawił się w rodzinie pierwszy samochód. Odkupiony od jerzego Fiat 1200 granluce. Brat matki sprowadził go z finlandii w której grał do kotleta. i mówię to bez cienia pogardy. CDN