czwartek, 27 sierpnia 2026

Sopot - Karlikowo .. Jak dziś pamiętam. Gazownia w sopockim Karlikowie i pensjonat Zatoka

 

Czternaście lat przerwy

Jadąc do Sopotu od strony Gdańska widziało się go pierwszym. Zbiornik gazu miejskiego, z wielkim zegarowym wskaźnikiem napełnienia na boku. Nie trzeba było pytać, czy się dojechało — wystarczyło spojrzeć w prawo.

Zbiornik należał do gazowni w Karlikowie. Wjeżdżało się przez bramę, w głąb i w lewo, i tam, na terenie czynnego zakładu przemysłowego, stał rząd domków kempingowych. W takim domku spędzałem wakacje. Toalety były w budynku gazowni — szło się do nich przez podwórze zakładu.

Pod kominem znajdowała się dawna komora. Wypełniona żużlem i uszkodzonymi częściami z gazomierzy. Dla nas był to magazyn zabawek. Nikt nie uznawał za konieczne, żeby to zamknąć albo choćby oznaczyć.

Jedno wejście do środka

Byłem w budynku gazowni raz, z ojcem. Weszliśmy na halę z zaworami rozdzielczymi gazu ziemnego, a potem do warsztatu naprawy i homologacji gazomierzy. To wszystko, co pamiętam z wnętrza.

Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że to nie był przypadkowy spacer. Ojciec pracował w Gazowni Warszawskiej. Robił zawodowo dokładnie to samo, co widzieliśmy tam w środku — konwersję z gazu miejskiego na ziemny, sowiecki. Zabrał mnie obejrzeć swoją robotę w wersji miniaturowej, na wakacjach.

Ta wizyta sama się datuje, i to dość dokładnie. Gaz ziemny wprowadzano na tym terenie od 1973 roku — wcześniej nie było czego rozdzielać. Zbiorniki gazu miejskiego stały tam do lat osiemdziesiątych, potem je rozebrano. Skoro pamiętam jedno i drugie naraz, mówimy o oknie mniej więcej 1973–1977.

Gazownia była wtedy dokładnie w połowie przemiany. Na zewnątrz stał jeszcze stary zbiornik gazu produkowanego na miejscu, w środku szedł już gaz z rurociągu ze wschodu. Miałem naście lat i nie wiedziałem, że oglądam koniec pewnej technologii. Widziałem halę z zaworami.

Chłopak, którego imienia nie pamiętam

W budynku gazowni ktoś mieszkał. Mieszkania służbowe na terenie zakładu były wtedy normą. Mieszkał tam chłopak w moim wieku i miał w tym mieszkaniu wielką makietę kolejową.

Spędziłem u niego przy tej kolejce parę wieczorów. 

Nie pamiętam, jak miał na imię. Nie wiem, co się z nim stało. Ale kiedy dziś stoję na ulicy i patrzę na tamten budynek, wydaje mi się, że mógłbym wskazać okna jego mieszkania.

Reszta okolicy

Tuż obok gazowni, na początku Emilii Plater, był sklepik spożywczy. Chodziłem tam z ojcem, czasem sam. Ten sklep okazał się najtrwalszym elementem całego układu — przetrwał gazownię, przetrwał PRL, zniknął dopiero około 2016 roku.

Na terenie gazowni działała też wytwórnia wyrobów z kolorowego skaju, z dosyć liczną załogą żeńską. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie ją tam wciśnięto. Podejrzewam, że na takiej, na jakiej robiono wtedy wszystko: był budynek, była wolna hala, znalazł się ktoś, kto potrzebował miejsca.

W osiemdziesiątym pożegnałem się z tą okolicą. Byłem nastolatkiem, wakacje się skończyły, gazownia przestała mnie dotyczyć.

Czternaście lat później

Wróciłem w dziewięćdziesiątym czwartym. Nie sentymentalnie — po prostu dostaliśmy z Madam rekomendację do pensjonatu Zatoka od kontrahenta, z którym ostatecznie nic nam nie wyszło. Z tej jednej nieudanej rozmowy handlowej wyszło trzydzieści lat przyjazdów.

Zatoka stała przy Emilii Plater, kilkaset metrów od gazowni. Z okna widać było teren, na którym spędzałem wakacje.

Wnętrze Zatoki wyglądało jak z lat sześćdziesiątych. Były pokoje „przed modernizacją" i „po modernizacji", i szczerze mówiąc niewiele się różniły. Na dole sala jadalna: przestrzenny żyrandol, dół ścian wyłożony ciemnym drewnem w klasycznym kolorze, a wyżej wzory malowane bezpośrednio na ścianie. Do dziś nie wiem, co przedstawiały. Korytarze urządzone tak samo. Kontuar w recepcji całkowicie w przedwojennym stylu.

Bywało, że w listopadzie byliśmy jedynymi gośćmi w hotelu.

Dlaczego to tak wyglądało

Sprawdziłem dopiero teraz i wyszła rzecz, której przez trzydzieści lat nie podejrzewałem.

Budynek powstał w latach 1912–1919, według projektu Wilhelma Lippke, w stylu art déco. Od 1922 mieścił ośrodek wypoczynkowy dla urzędników gminnych, potem Strandhotel. W czasach nazistowskich dysponowała nim administracja Forstera jako wojskowym domem wypoczynkowym.

A po wojnie, od lat czterdziestych do osiemdziesiątych, był tam Państwowy Dom Dziecka. Pensjonat Zatoka ZNP przyszedł dopiero po nim.

To tłumaczy wszystko, co widziałem. Wnętrze zapamiętane jako „z lat sześćdziesiątych" naprawdę było z lat sześćdziesiątych — to był wystrój domu dziecka, nałożony na przedwojenną skorupę. Kontuar w recepcji nie wyglądał na przedwojenny, tylko nim był. Nikomu nie chciało się go wymieniać przez siedemdziesiąt lat. Wzory na ścianach jadalni to najpewniej motywy art déco z pierwotnego wystroju albo ich powojenne przemalowanie.

Spałem w domu dziecka i nie miałem o tym pojęcia.

Dodam własne wspomnienie, którego nie potwierdziłem w żadnym źródle: w dzisiejszej Villa Baltica, kilka numerów dalej, dom dziecka działał jeszcze na początku lat dwutysięcznych. Jeśli tak, to placówka przeniosła się po prostu wzdłuż tej samej ulicy, a dzieci były w tym kawałku Karlikowa nieprzerwanie przez jakieś sześćdziesiąt lat.

Co zostało

W 2002 roku w piwnicach Zatoki pojawił się gabinet odnowy. Byłem tam na najlepszym masażu i w najlepszej saunie w życiu. Potem gabinet zniknął i wydawało mi się, że hotel podupada.

Myliłem się co do kierunku. Politechnika Gdańska kupiła pensjonat i przerobiła go na ośrodek rehabilitacyjno-konferencyjny. Od 2012 był to jej obiekt szkoleniowo-konferencyjny, a od 2018 uczelnia prowadzi tam hotel Eureka. Ten gabinet w piwnicy nie był początkiem końca, tylko pierwszym sygnałem, że ktoś już myśli o tym budynku inaczej.

Około 2014 przyszedł remont generalny. Całe stare wnętrze zlikwidowano. Żyrandol, drewno, wzory na ścianach, kontuar — wszystko. Dziś jest skandynawsko, jasno i czysto. Personel, który mnie znał, też się wymienił.

Zostały mury i adres.

I została gazownia. Budynek z 1885 roku wciąż stoi przy Bitwy pod Płowcami i ktoś planuje przywrócić go do życia — z wystawą o jego historii, zbudowaną na starych zdjęciach. Szukali fotografii, także tych nowszych, aż do lat dziewięćdziesiątych.

Nie mam takich zdjęć. Mam za to komorę pod kominem pełną żużlu i połamanych gazomierzy, rząd domków kempingowych, halę z zaworami i chłopaka z makietą kolejową, którego imienia nie pamiętam.

Póki pamiętam.


Adres: dawna gazownia sopocka, ul. Bitwy pod Płowcami 23–31, Sopot-Karlikowo. Budynek w gminnej ewidencji zabytków pod nr 898 dotyczy sąsiedniego obiektu przy Emilii Plater 7–11 (dziś hotel Eureka).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz